Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dąbrowskie klimaty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dąbrowskie klimaty. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 kwietnia 2020

Spacer po ulicy Łącznej


Kiedy zaczynałem pisanie tego posta, nie było jeszcze akcji #zostań w domu. Mogłem swobodnie i przyjemnie bez  celu spacerować po dąbrowskich zaułkach a widok człowieka idącego z przeciwka nie wywoływał atawistycznych lęków związanych z zarazą. 

Wyraźnie chcę też powiedzieć, że zdjęcia które tutaj umieszczam zrobiłem w czasie kiedy wytyczne i zakazy związane ze stanem epidemii nie obowiązywały. Ba, nie było żadnego stanu epidemii. 

A więc ulica Łączna w Gołonogu. Miejsce niewiele mające wspólnego z wymuskanym widoczkiem na pocztówkach. Z dopieszczonym, podkoloryzowanym klombem, zza którego zawadiacko i stylowo prezentuje się Pałac Kultury Zagłębia przy Placu Wolności. Nie, to zupełnie inna historia. Jeśli wspomniany, odrestaurowany Pałac i jego otoczenie miały by być dąbrowskimi Polami Elizejskimi, to ulica Łączna siłą rzeczy zostałaby niebezpieczną, emigrancką   La Goutte d'Or. Takie małe nawiązanie do Paryża, do którego nie pojadę na wiosnę 2020.

 Od zawsze interesowało mnie  to co na uboczu. To co przemija z odpadającą farbą elewacji i rozpada się na drobinki pyłu wzbogacając powietrze o pierwiastki unicestwienia i przemijania. Dlatego zbombardowany sukcesami naszego miasta w dziedzinie infrastruktury rowerowej, powstającego nowego Centrum zwanego Fabryką Pełną Życia i wielu innymi, chętnie wybrałem się pewnej chmurnej lutowej soboty na ulicę Łączną. Pogoda była idealnie depresyjna, jakby wprost na zamówienie pod zwiedzanie tej części Dąbrowy. Planowałem odpocząć od dąbrowskiej prosperity i unurzać się w post apokaliptycznej scenerii.  

Szukając w pamięci jakiś punktów odniesienia, osobistych historii związanych z geografią tegoż miejsca szybko uzmysłowiłem sobie, że jako smart-dzieciaki socjalistycznego blokowiska nie eksplorowaliśmy często tej części miasta. Odnosiliśmy się do niej z pewną estymą czy wręcz lękiem.  A mieszkaliśmy przecież na osiedlu tuż obok bo przy Pomniku Czerwonej Gwiazdy ( jak potocznie jest zwany). Prawdopodobnie nasze lęki  mają  korzenie w pewnej grudniowej eskapadzie  gdzieś w okolicach 1987 roku. Wtedy to  podczas eksplorowania nieużytków położonych nieopodal dawnego przedsiębiorstwa transportowego (tam gdzie dzisiaj częściowo jest ulica Spisaka ze swoimi domkami socjalnymi) pojawił się nieproszony kundel i ugryzł kolegę Adama w łydkę. Najpewniej dlatego, ponieważ w umyśle tego zwierzęcia to my zaistnieliśmy jako właśnie nieproszeni. Po zdarzeniu z ugryzieniem przestaliśmy się zapuszczać we wspomniane okolice na kilka lat. Lub po prostu tak  się złożyło ;)

No więc dobrze, jest  początek historii o surowym miejscu, co prawda z racji pogryzionej łydki Adama nie  zaczyna się to wszystko dobrze.  Jednakże  opowieść powinna zacząć się kilka lat wcześniej a to już obrazki zgoła bardziej radosne, pomimo siermięgi  socjalistycznej rzeczywistości Stanu Wojennego i lat późniejszych. Moi rówieśnicy doskonale pamiętają, że w  tym okresie  dobra konsumpcyjne były sprzedawane na kartki. Na marginesie nie jest wykluczone, że niebawem znów będą.

Na ulicy Łącznej w owym czasie znajdowały się  strategicznie ważne sklepy spożywczo-gospodarcze, bowiem pamiętam jak moja śp Mama często zabierała mnie do nich i ustawiała  w jednej kolejce a sama szła pilnować drugiej w sklepie obok. Ot taka logistyka codzienna lat 80-tych XX wieku. Do dzisiaj pamiętam, jak poszczęściło nam się w sklepie, który był w miejscu dzisiejszego Lewiatana. Zakupiliśmy papier toaletowy. Rolki szarego, w niczym nie przypominające dzisiejszych, papieru toaletowego nanizane były na sznurek jak odpustowe obwarzanki  w dniu Świętego Antoniego w Gołonogu.  Przepasany tym trofeum niczym szarfą zwycięzcy, dumnie wkroczyłem na swoje osiedle idąc nieprzerwanie cały czas od Łącznej w odległości   kilka kroków przed Mamą.  Prawdziwa demonstracja siły i powiew dobrobytu.    

Ulica Łączna to przede wszystkim budynki typu Lipsk. Przeszklone, błękitno-niebieskie bloki o stalowych konstrukcjach wyrosły w krajobrazie polskich miast  w latach 70-tych XX wieku. Nie inaczej było w Dąbrowie, gdzie w sumie wybudowano ich kilkanaście. Największe  skupisko wyrosło właśnie w północnym Gołonogu, wzdłuż ulicy Łącznej.  Swoją siedzibę miały w nich zastępy młodych junaków z  Ochotniczych Hufców Pracy. Jak przez mgłę pamiętam jeszcze umundurowanych młokosów, ćwiczących na boiskach sportowych wokół bloczków w miasteczku OHP. To była pierwsza połowa lat 80-tych. 

Kiedy w 1989 roku skończył się PRL dawni mieszkańcy opuścili błękitne szklane domy, do których wprowadził się tłamszony przez lata komuny biznes. Symbolem nowych czasów na tym obszarze został Dom Meblowy "Kaczor", który  zajął pod swoją działalność jeden z  budynków. Chyba nie ma w Dąbrowie mieszkania, w którym nie znalazłaby się wersalka lub meblościanka z "Kaczora". Swoją drogą sklep funkcjonuje do dzisiaj.  Kolejną dużą firmą, która zakotwiczyła w jednym z budynków po OHP  jest "Robin" zajmujący się sprzedażą wyposażenia do sklepów i lokali gastronomicznych. Ile było wszystkich firm, firemek, tego nie wie chyba nikt. Ich losy były zapewne bardzo burzliwe i współtworzyły krajobraz dzikiego kapitalizmu okresu transformacji lat 90-tych. Przyjemnie wspominam ten czas, bowiem jedne z pierwszych samodzielnie w życiu zarobionych pieniędzy pochodziły z zakładu tekstylnego "Virgo", gdzie z chłopakami jako nastolatek zatrudniłem się dorywczo w charakterze malarza pomieszczeń :)  Do dzisiaj widzę  kolor zielonej emulsyjnej farby, którą zdzieraliśmy z plastikowych list przypodłogowych. Pomalowaliśmy je, nie czyszcząc ich wcześniej zbytnio i pewnie cała sprawa przyschłaby jak owa farba, ale na nasze nieszczęście  przy tym niecnym procederze  zastała nas czujna małżonka szefa. W życiu nie nawdychaliśmy się takiej ilości rozpuszczalnika czyszcząc listwy, ale winę trzeba było przecież odkupić.

Bardzo szybko okazało się, że ówczesny dąbrowski biznes nie będzie w stanie zagospodarować wszystkich budynków. Infrastruktura osiedla bardzo szybko zaczęła popadać w ruinę. Dziurawe chodniki, zarastające  boiska i połamane ławki były zwiastunem szybko kroczącej degradacji ulicy. Kilka bloków przeznaczono pod mieszkania socjalne, które istnieją do dzisiaj, ale nowi przybysze nie stali się  impulsem do zmiany na lepsze.  Co prawda dalej w dawnych Lipskich można było tanio wynająć powierzchnie pod biura lub inną działalność np. artystyczną  (o czym później), dalej istniała hala sportowa gdzie podczas ferii zimowych przychodziliśmy grać w piłkę i ping-ponga, ale generalnie Łączna pikowała ostro w dół. Hala sportowa w owym czasie była nawet bardzo oblegana i nie zawsze z chłopakami udało się nam załapać na szybki turniej piłkarski. Pisząc o tym  wspominam jedno z zabawnych wydarzeń jakiego byliśmy sprawcami. 

Gdzieś w okolicach lutego  1991 roku  wybraliśmy się do hali z zamiarem wzięcia udziału w  turnieju piłkarskim jaki organizowany był podczas ferii zimowych. Na miejscu okazało się, że impreza już się zaczął i nie ma dla nas miejsca. W dodatku stoły do ping-ponga były też zajęte. W desperacji, a mieliśmy tego dnia wielką ochotę na rywalizację sportową, udaliśmy się do starych salek katechetycznych przy Kościele św. Antoniego.  Uwierzyliśmy mitycznemu wyobrażeniu, które do dzisiaj nie wiem jak zalęgło się w naszych głowach, że znajduje się tam stół do tenisa stołowego i nie będzie problemu z rozegraniem kilku partyjek. Na miejscu okazało się, że owszem stół jest, nieco zakurzony i bez siatki, ale jest. Szybko też się okazało, że w salce swoją próbę gry na instrumentach muzycznych odbywa  młodzież z przykościelnej Oazy,  w dodatku całkowicie pozbawiona empatii dla miłośników tenisa stołowego. Tak się jakoś złożyło, że praktycznie bez jakiś drastycznych walk, ale jednak wyparliśmy Oazowiczów do mniejszego pomieszczenia znajdującego się obok. Problem braku siatki rozwiązaliśmy przy pomocy znalezionego w pomieszczeniu elementu stroju liturgicznego przypominającego szalik i  dwóch solidnych świeczników. Zdołaliśmy rozegrać prawie pół meczu debla, gdy do salki wkroczyli zaalarmowani przez młodzież oazową Bracia Franciszkanie. Po dosyć malowniczej awanturze zgotowanej nam przez Braciszków, wycofaliśmy się w poczuciu niezrozumienia dla prawdziwej sportowej pasji, na klatkę schodową jednego z bloków naszego osiedla.

Kilka lat później, już w drugiej połowie lat 90-tych  swoją salkę do prób miał na Łącznej zespół Patrimonium del Pueblo. Anarchistyczna kapela założona przez moich kolegów grała  głównie siarczysty crust punk. Wiele osób, znajomych, różnorodnych freaków  przesiadywało wtedy w podziemiach Łącznej 30 A, tam bowiem znajdowało się centrum muzycznej, punkowej rebelii ;) W związku z tym okolica stawała się areną nie mających końca  starć pomiędzy lokalnymi subkulturami skinheadów i pankowców. Tak właśnie wyglądały burzliwe lata 90-te w Polsce i na dąbrowskich ulicach było nie inaczej. Sam zespół wydał jedyną płytę "Pustka" i jeszcze we wrześniu 1997 roku dał koncert w dąbrowskim Pałacu Kultury Zagłębia.

Kiedy byłem już pełnoletni i mogłem legalnie iść na piwo oraz zapalić papierosa, odkryłem na Łącznej miejsce jakby żywcem wyjęte z czasu powstawania Huty Katowice  ;) Podczas jednej z eskapad po lokalnych gołonoskich piwiarniach zrządzenie losu zawiodło nas do lokalu znajdującego się obok dzisiejszej noclegowni Caritasu. Po wejściu długo przecierałem oczy ze zdumienia i całkiem serio brałem pod uwagę możliwość cofnięcia się w czasie z roku wtedy 2000 do połowy lat 70-tych XX wieku. Muzyka, goście, wyposażenie, dosłownie wszystko co się znajdywało wewnątrz baru pochodziło z przeszłości. Nie pamiętam jak nazywał się lokal i nigdy więcej już tam nie byłem. Czasem zastanawiam się czy to wszystko mi się nie przyśniło lub też nie było skutkiem krążącego w żyłach alkoholu  jaki zaaplikowaliśmy sobie tamtego weekendowego wieczoru w styczniu 2000 roku. 

Tak wygląda dzisiaj moja podróż wspomnieniowa po Łącznej. Kontempluję surrealizm dziurawych chodników, wzdłuż których przycięto równiutko szpaler żywopłotu. Przeglądam się w rozbitych mlecznoniebieskich szybach domu meblowego "Kaczor", wchodzę na klatkę bloku socjalnego zaraz na przeciwko i nasłuchuję odgłosów codziennego życia tych co zagnieździli się w tej entropii  na dobre. Melodia otchłani. Równoległy świat w Stranger Things to przy tym pluszowa komnata. Łączna jest prawdziwa, prawdziwe jest nieprzyjazne spojrzenie typa, który łypie na mnie spode łba obserwując moją kontemplację rozpadu. Wzdrygam się zaskoczony i oddalam bezpiecznie gdzieś w stronę nowych apartamentowców. Mijam wciąż zielony barak dawnego "Virgo" i znów wracają wspomnienia. Nowe jednak  upomina się o Łączną coraz bardziej zuchwale. Apartamentowce skubią Łączną od południa. Od północy mamy nowy, w kolorowych elewacjach ośrodek dla niewidomych natomiast w środku osiedla  wśród zarastającego boiska powstaje biurowiec. Są jak nowa, zdrowa tkanka na paskudnym nowotworze. Póki co biorę haust powietrza pełnego apokalipsy i nakarmiony spokojnie  wracam do zaparkowanego samochodu. Wrócę tu  za jakiś czas gdy mrok skryty na dnie duszy znów  da o sobie znać.  































niedziela, 22 listopada 2015

Serca z błota, dusze z betonu



Tak jak mnie, Ciebie też Gołonóg wychował
zawsze w cenie tutaj była z wyobraźnią głowa
zawsze liczył się honor i braterstwo
nawet gdy w około upadało męstwo (...)

Bas Tajpan "Świadomość"



Spotkaliśmy się pod koniec lipca 2015. Miałem być z rodziną na wakacjach a nie z rozpieprzoną łydką o kulach zwiedzać dąbrowskie  przychodnie. Los płata nam figle ale czasem rzuci od siebie jakiś ochłap na pocieszenie, jak cukierka w kłębowisko ciemnego luda.

 Robert akurat na kilka dni przyjechał z Londynu do DG co było pretekstem do spotkania się w starym gronie "chłopców z pomnika".

Siedzimy w pubie "Manhattan": Bałdi, Balon, Olo, Jacek  i Paferro ( ja). Jest upalne niedzielne popołudnie, sączymy piwo.
Takie spotkania są  inspirujące. Londyński desant, działa jak katalizator wspomnień. Tęsknota za krajem wyostrza pamięć i uwypukla szczegóły zdarzeń, które przeżywamy na nowo. Znowu ożyła nasza historia, opowieści wybrzmiały jeszcze raz i po raz kolejny uciekły przed zapomnieniem. Nasza dąbrowska historia lat 80-tych i 90-tych XX wieku, przykryta warstwą codzienności wychodzi tego dnia  na światło dzienne. Towarzyszą jej salwy śmiechu i żarliwe spory o szczegóły i kształt  wydarzeń.  Żyjemy.

Jestem w tym przyjemnie zatopiony i obecny. Jednocześnie, próbuję uchwycić  tajemnicę naszego podobieństwa, które pomimo różnych światopoglądów, doświadczeń w późniejszym życiu i priorytetów jest oczywiste. Czynność ta idzie mi opornie, chaotycznie. Brakuje mi w mózgu zwojów frywolnych i niepotrzebnych. Wszystkie płaty i komórki zajęte są stawianiem czoła codzienności. Trwa zanim wygonię codzienność i zrobię miejsce na poszukiwanie nieuchwytnego.

Bardzo możliwe, że to  dąbrowska betonowa dzikość lat 80-tych  wpłynęła na to kim dzisiaj jesteśmy. Prawdopodobnie w dzieciństwie oprócz przemysłowych wyziewów wciągnęliśmy też w płuca potężny haust przestrzeni i absurdu ( oprócz innych substancji płynnych i lotnych).  Z balkonów naszych mieszkań można było bez trudu dojrzeć łagodne pagórki pokryte lasami i polami uprawnymi, żyliśmy w industrialu a jednocześnie gdzieś na jego dalekim pograniczu, gdzie zielony krajobraz śmiało wdzierał  się w nasze surowe betonowe rewiry.

Cały czas próbuję dotykać teraz nieuchwytnego, czegoś co ma charakterystyczny i zarysowany styl a jednocześnie  kpi sobie z  definicji. To nasze "coś" mogło też przecież wydarzyć się gdzie indziej, na jakimś bliźniaczym  blokowisku dajmy na to w Kaliszu czy Gdańsku. Na tamtych blokowiskach też przecież beton zburzył stary porządek.

 No właśnie, tylko czy to taka sama powtarzalność? Po namyśle uważam, że jednak nie. Bo gdzie na taką skalę  występowała  gigantomania przemysłowa? Do jakiego regionu zjechało tak wielu ludzi z różnych zakątków kraju?  Dziki Zachód, dziki industrialny zagłębiowski zachód i  my niby w nim a jednak na jego obrzeżach. Tylko tutaj gierkowski rozmach zakwitł tak intensywnie, tylko tutaj architektoniczny bezsens tak mocno splótł się z  pro społeczną planistyką. Tylko tutaj a my w nim choć na skraju, bo na horyzoncie pola, lasy, sady i drewniane wsie.  My do nich biegliśmy, przez wykopy budów, ogrodzenia, zdziczałe sady i nowe asfaltowe arterie donikąd. Pstrykaliśmy w ich stronę kapslami zawodników Wyścigu Pokoju rozgrywanego gdzieś pomiędzy piaskownicą a osiedlową drogą a obok ojcowie myli swoje fiaty, dacie i polonezy bo to była pewnie sobota popołudniu..... Czy zrozumieją to nowe pokolenia? Czy zrozumieją to nasze dzieci, które   ukrywamy na co dzień w grafiku dodatkowych zajęć z pływania, tańca, jogi i Bóg wie czego jeszcze?  Ale to już inny temat, inna dyskusja...

Jesteśmy z betonu i błota zagłębiowskich osiedli. Nigdy nie będziemy kimś innym i dobrze. Nie zmieni tego miejsce zamieszkania, ani kolejna nabyta rzecz z wielkiego świata ( którego swoją drogą pożera fundamentalna barbaria). Zrobiliśmy  sobie tysiące zdjęć w wakacyjnych, egzotycznych rajach ale zawsze najpiękniejszą kliszą będzie ta  na której przedzieramy się do księżego sadu po jabłka. Albo pocztówka z pomnika w letnią noc, gdzie siedzimy przy melodii świerszczy a powietrze przesycone jest zapachem pieczonego chleba u Bigaja.




poniedziałek, 15 września 2014

Nowe na Starowiejskiej

  
   Ulica Starowiejska to jedna z głównych arterii  dawnego Gołonoga. To przy niej znajdowały się domy starych gołonoskich rodzin:  Kaczmarczyków, Bochenków, Bijaków i innych. Ulica oplatała Górkę Kościelną od strony północno-zachodniej. Przy niej znajdowały się tereny Nadleśnictwa oraz  Szkoła nr 1 w którym obecnie jest Przedszkole. To przy Starowiejskiej pachniało pieczonym u Bigaja chlebem a sielankowo-wiejskiego charakteru ulicy nadawała przeplatanka pól uprawnych, ogrodów i sadów.  
Dzisiaj nie ma już Starowiejskiej jaką z dzieciństwa pamiętałby wielki miłośnik i znawca tej ziemi Pan Adam Dróżdż. Pozostały tylko relikty przeszłości które ożywają we wspomnieniach dawnych mieszkańców a dla nielicznych współczesnych stanowią  inspirację do poszukiwań tego co odeszło. 


Kiedyś wiejskie  zagrody, a dzisiaj powierzchnie biurowo-handlowe w budowie.



Betonowym chodnikiem w stronę nowego odkrycia....




Jeszcze jedna stara tabliczka z nieistniejącą nazwą ulicy



Dom na którym wisi tabliczka  od paru lat jest już jednak niezamieszkany





Tuż za zdziczałym strzępkiem  ogrodu wyłonił się nowoczesny biurowiec



W stronę dawnej ulicy Stacyjnej


 Kotom chyba wszystko jedno, byle mogły się wygrzewać w spokoju



Nocne wyprawy po piwo spod lady, faktury i brak korporacyjnego standardu czyli wspomnienie stacji benzynowej.


Stacja powstała na początku lat 90-tych, chyba "Petrochemia" a w schyłkowej fazie jako "Bliska"


Tuż za nią w  na zboczach wzgórza przycupnęła ostatnimi czasy kolonia nowych domków


Na przeciwko jeszcze pozostało stare


Nowo powstała  uliczka prostopadła do Starowiejskiej


Jeszcze ma czas stać się uroczą z prawdziwego zdarzenia


Podobnie jak Franciszkańska, ale nazwa trafiona


Jeszcze raz na stacji w stronę Przedszkola tym razem


Szmaragdowa Starowiejska -  najintensywniejsze barwy  przechowywane są we wspomnieniach....



piątek, 18 lipca 2014

Znalezisko z Parku Śródmiejskiego

Wczoraj w południowej części Parku Śródmiejskiego tzw "Małpiego Gaju" moja córka podniosła leżący na alejce parkowej kamień. Kamień ów to kawałek jakiejś płytki ceramicznej (?) z wyrytym fragmentem prawdopodobnie sześcioramiennej gwiazdy i liczbą 27. Najdłuższa przekątna ma około 10 cm. Czy ktoś wie co to może być? Dodam jeszcze, że znalezisko nie wygląda na stare i zniszczone. Może to fragment jakiejś płyty pomnikowej?




czwartek, 17 kwietnia 2014

Wieczorny spacerek

Pies domaga się dodatkowego późnowieczornego spaceru. Niechętnie ale jednak zwlekam się i wychodzimy na wieczorny rekonesans po Manhattanie. Spokój, cisza, drzewa uruchomiły swoje kwiatowe feromony. Cieszę się, że jednak wyszedłem na zewnątrz. Chcę przysiąść na jednej z ławeczek, które zamontowano dwa dni temu wzdłuż chodnika między orlikiem a kościołem i chłonąć ten wieczorny chillout. Niestety ale następuje delikatny zgrzyt. Jacyś współcześni Hunowie byli tu przede mną  i teraz odrzuca mnie  widok splutego chodnika wokół ławeczek. W promieniu kilku metrów porzucone butelki po piwie. Dobra, zdarza się - myślę sobie - będąc w ich wieku nie byłem o wiele lepszy ( przepraszam w tym miejscu sąsiada z dołu za balkon -lat naście temu).  Idę więc dalej i przysiadam za kościołem przy ulicy  Leśnej.   Za mną upajające zapachem  magnolie i wieczorne trele jakiegoś ptasiego amanta - oddycham głęboko. W tą harmonię człowieka i osiedlowej przyrody delikatnie, niemym wślizgiem wplata się warkot eleganckiego samochodu zatrzymującego się tuż przy śmietniku nieopodal. Oczarowany wieczorną chwilą spokojnie obserwuję jak z autka wysiada równie elegancki Pan i płynnym ruchem otwiera bagażnik. A tam pakuneczki, paczki, paczuszki. O Zajączek, podkłada prezenty dobrym ludziom - tłumaczę sobie. Wkłada je do śmietniczka przez okienko bo drzwiczki zamknięte na kluczyk. Tup, tup, kic, kic......
W tym momencie wyrzut adrenaliny zabiera mnie z bajkowej krainy i daje mocno mentalnie w pysk. Purpurowy ze złości  zrywam się z ławki, zbliżam się do łachudry podrzucającej swoje śmieci do wspólnotowego śmietnika i  markuje wykonywanie zdjęć telefonem.  Pan Przedsiębiorczy wsiada w swoje eleganckie autko i zniesmaczony odjeżdża.....do następnego śmietnika.

niedziela, 16 lutego 2014

Dolomitowe Ząbkowice

Ząbkowice znane już były w XV wieku, wspominał o nich  sam Jan Długosz.  Zombkowicze bowiem tak początkowo zwała się ta osada od samego początku istnienia związana była z górnictwem. W osadzie zwanej Stare Osiedle ( dziś Starosiedle ) zamieszkali, na prawie czynszowym, gwarkowie.
Jednak dopiero w 1869 roku odkryto w Ząbkowicach złoża dolomitu. Odkrycia tego dokonał sam Adam Piwowar - znany geolog i trzykrotny prezydent Dąbrowy Górniczej. Był też pierwszym zarządcą ząbkowickich kamieniołomów.  Swoją drogą to dla mnie dziwne, że dopiero na drugą połowę XIX wieku datuje się odkrycie złóż dolomitu skoro już w 1559 roku na terenie Ząbkowic działała huta cynku- pierwiastka związanego często z występowaniem dolomitu. Ale to nie jedyne znaki zapytania  jakie pojawiły mi się przy zdobywaniu informacji do napisania tego tekstu. Najwięcej wątpliwości miałem co do daty uruchomienia kopalni dolomitu, przeglądnąłem  kilka współczesnych źródeł i ukazał mi się niezły galimatias.

1869 - odkrycie dolomitu przez Adama Piwowara ( Wikipedia)
1892 - powstaje zakład  eksploatacji dolomitu, założony przez Adama Piwowara ( www.dabrowa.pl)
1896 - powstaje kopalnia dolomitu  Spółka Firmowa Zakładów Wapiennych "Eltes" ( Wikipedia)
1898 - powstaje kopalnia dolomitu  "Ząbkowice" ( www.dolomit.com) 
1925 - udziały A.Piwowara wykupuje kupiec żydowski Fischer Siegreich, który zawiązuje spółkę akcyjną Eltes ( sic!)    (www.dabrowa.pl)  

współczesny widok na kopalnię dolomitu

Wygląda na to, że nazwa "Eltes" została niejako rozciągnięta do samego początku powstania kopalni dolomitu chociaż w rzeczywistości spółka ta powstała około 30 lat po rozpoczęciu wydobycia. Przeglądając kalendarium znajdujące się na współczesnej stronie internetowej kopalni "Ząbkowice" nie sposób nie zauważyć też innych,  licznych zmian własnościowych które praktycznie trwają do czasów współczesnych. 
Z działalnością kopalni związane jest też istnienie pieców prażalniczych w których wypalano dolomit celem uzyskania wapna palonego. Pierwszy piec powstał na terenie kamieniołomów w 1926 roku. Kolejne dwa powstały w talach 1929-1930 i ostatnie  dwa  w 1938 roku. W sumie było ich pięć. 
Wapiennik na ulicy Górzystej jest prawdopodobnie jednym z nich - ostatni jaki został do dnia dzisiejszego. 

Wapiennik na ul. Górzystej


jeszcze raz wapiennik


Kamieniołom w kreacji marsjańskiej

Można pomyśleć, że to jakieś afgańskie pustkowie..


niedziela, 24 listopada 2013

Modernizm w Dąbrowie Górniczej

   Oczywiście tytuł jest nieco na wyrost. Są miasta gdzie przykładów Modernizmu w architekturze i urbanistyce jest o wiele więcej i są bardziej znamienite niż nasze. Do takich miast z pewnością możemy zaliczyć Katowice, Warszawę, Gdynię, Bielsko-Białą, Kraków czy Wrocław. Niejednokrotnie moderna w tych miastach została doceniona w kraju i za granicą, powstał  szereg opracowań na ich temat a turyści mogą korzystać z wytyczonych szlaków opisanych zresztą w internecie. Na naszym zagłębiowskim podwórku architekturę taką bez problemu odnajdziemy też w Sosnowcu i Będzinie. Będziński dworzec kolejowy projektował nawet światowej sławy architekt Edgar Norweth.
  Modernizm w Polsce  możemy zasadniczo podzielić na dwa okresy: przedwojenny i powojenny. Przed drugą wojną światową styl ten dotyczył bardzo często obiektów użyteczności publicznej jak też zarezerwowany był dla elity - powstawały wtedy awangardowe jak na tamte czasy wille.  Modernizm to nie tylko pojedyncze budynki ale też całe systemy mieszkalne w postaci sporych kwartałów miejskich czy  dzielnic. Modernistyczni twórcy zakładali, że o pięknie budynku świadczy jego funkcjonalizm, dlatego odrzucano wszelkie zdobienia. Niektórzy z architektów wiązali z  Modernizmem misję, mającą na celu zapewnienie szerokiej masie ludzkiej, dobrej przestrzeni do życia. Pomimo, że nurt ten odrzuca niejako istnienie przewodniej formy czy też stylu, budowle te są charakterystyczne i  mają pewne cechy wspólne. W wielkim uproszczeniu możemy je wymienić: brak zdobień, unikanie symetrii, płaskie dachy, ściany kurtynowe, szerokie okna doświetlające wnętrza np. przeszkolone klatki schodowe, białe i pastelowe elewacje, okrągłe okna podkreślające nowoczesną stylistykę. Modernizm przede wszystkim wprowadził do architektury pojęcie wolnego planu co oznaczało w praktyce  rezygnację z pomieszczeń zamkniętych, zastępując je tzw. kontinuum przestrzennym.
   To tak w telegraficznym skrócie. Należy pamiętać jednak, że styl ten wymyka się próbom zaszufladkowania, dlatego może jest tak niesamowity. Na szczęście wróciła moda na Modernizm i budynki wybudowane w tym stylu wracają do łask. Wiele jest do zrobienia, do poprawienia ale kamyczek uruchamiający lawinę  już ruszył - może kiedyś dotrze ona też do Dąbrowy?
   Moje zainteresowanie Modernizmem dąbrowskim zaczęło się podczas kontemplacji widoku z balkonu :-). Otóż po ponad dziesięciu  latach zorientowałem się, że to co do tej pory brałem za komin w rzeczywistości jest wieżą kościoła pod wezwaniem Świętego Józefa na ulicy Konopnickiej.




   Sam kościół zaprojektowany został przez Józefa Jaworskiego. Rozpoczęcie budowy datuje się na 1938 rok. Niestety po wkroczeniu wojsk niemieckich, zgromadzone materiały budowlane zostały skonfiskowane przez okupanta. Mimo to, niedokończona świątynia została pobłogosławiona w 1940 roku przez biskupa częstochowskiego Teodora Kubina. Po wojnie, dokładnie w 1946 roku ukończono budowę kościoła. Trochę szkoda, że wieża jest w łososiowym kolorze. Z pewnością korzystniej by było, gdyby cała bryła pomalowana została na biało.




    Zaraz obok bo pod numerem 56 ( ul. Konopnickiej) mieści się kolejny budynek, który podejrzewam o styl modernistyczny. Zespół Szkół nr 1 w którym mieści się szkoła podstawowa i gimnazjum. Wiemy na pewno, że szkoła podstawowa mieściła się tutaj już w 1955 roku. Mamy więc  budynek użyteczności publicznej, lata 50-te w których moderna powstawała i nie została jeszcze zdominowana całkowicie przez socrealizm. Całkiem możliwe, że gmach powstał już wcześniej, przed wspomnianym 1955 rokiem. Niestety nie odnalazłem żadnego zdjęcia z czasu powstania budynku. Na mapie Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego z lat 50-tych XX wieku budynek szkoły jest już zaznaczony ale już na datowanej na 1938 rok niemieckiej Gleiwitz KDR 1927 D1 (Einheitsblatt/Großblatt) widnieje tylko zarys działki na której stoi szkoła. Jest co prawda zaznaczony również budynek ale o znacznie mniejszej powierzchni. Kiedy więc powstał? Pozostaje to na dzisiaj dla mnie zagadką.

Gdyby nie termoizolacja, zielony kolor i zaślepione pionowe świetliki...........

   Kolejny gmach publiczny związany ze szkolnictwem i tutaj już pewność co do modernistycznego charakteru. Zostajemy cały czas na ulicy Konopnickiej tyle, że opuściliśmy już Korzeniec a udaliśmy się do Centrum.  Budynek dzisiejszego Zespołu Szkół Specjalnych nr 6 powstał w dwudziestoleciu międzywojennym i już wtedy pełnił funkcje związane ze szkolnictwem. Poniżej zdjęcie przedstawiające budynek w 1934 roku.

źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe
 
   Mamy więc geometryczną bryłę bez zdobień z przeszkloną klatką schodową. Prostota stylu podkreślona jest jednolitym jasnym kolorem elewacji. Obecnie ten sam budynek prezentuje się nieco inaczej.


   Widzimy, że na przestrzeni lat został rozbudowany a kolorystyka jest całkowicie inna niż pierwotnie.

   
   Kolejne dwa budynki znajdują się w ścisłym centrum miasta. Są to znów gmachy użyteczności publicznej - poczta oraz kamienica z wieżą zegarową ( niestety nie wiem co się w niej znajdowało). Nie wiem też kto zaprojektował te budynki. Wiadomo natomiast, że powstały przed II wojną światową. Budynek z wieżą zegarową przypomina nieco modernistyczny dworzec kolejowy w Będzinie. Nawet tarcza zegara jest w podobnej stylistyce jak będzińska - prosta, przejrzysta, wypisz wymaluj modernistyczna.  


źródło: dawnadabrowa.pl
widok współczesny

źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe
widok współczesny
   Niestety w tym przypadku też nie wiem kto jest projektantem tego niebanalnego zespołu budynków. Podobnie jak we wcześniejszych przykładach charakter stylu został zatarty przez kolorową elewację. Patrząc na to zdjęcie w pierwszym momencie można pomyśleć, że łososiowe skrzydło poczty to inny, oddzielny budynek. Czy faktycznie tak jest?

   Pora na kolejne przykłady dąbrowskiej moderny. Jeden z nich znajduje się na ulicy Okrzei 3. Jest obecnie w fatalnym stanie. Charakterystyczne dla tego budynku mieszkalnego są zaokrąglone bariery balkonowe. Budynek z pewnością powstał przed drugą wojna światową.



   Wracając już do domu, całkiem niespodziewanie natknąłem się na kolejny modernistyczny budynek mieszkalny. Znajduje się na ulicy Sienkiewicza 14A. Jest nieco mniejszy od tego na Okrzei ale za to w lepszym stanie.


   Post ten traktuję jako radosny i  pewnie nieco naiwny wstęp przed wnikliwszym zgłębieniem tematu moderny dąbrowskiej.  Pisząc tekst, odwiedzając przedstawione miejsca i próbując zdobyć na ich temat informacje cały czas miałem wrażenie, że moja wiedza jest niekompletna i obarczona błędem. Dużo tutaj białych plam i wiele pewnie jest jeszcze do odkrycia. Mimo wszystko nie zniechęcam się i będę w przyszłości dalej na łamach bloga wracał do tej tematyki. Zachęcam Czytelników do zgłębienia tematu i podzielenia się swoją wiedzą i przemyśleniami -   architektura modernistyczna z pewnością  na to zasługuje.