Stoję grzecznie w kolejce do Autora, niczym dzieciak na mszy przystępujący do pierwszej komunii.
Kobieta przede mną odchodząc już:
- Czy można zdjęcie z autorem?
- Nie. Nie zgadzam się na zdjęcia - odpowiedział Andrzej Stasiuk - no chyba, że mi Pani gdzieś tam z boku strzeli jak nie widzę. Bo potem to gdzieś na Fejsbuka wrzucacie..Nie, nie, jeszcze mi Pani uszy dorobi na tym zdjęciu...
- Ale ja nie wrzucam - broni się nieśmiało Pani
- Wrzucacie, wrzucacie już ja Was tam znam! - powiedział gromko choć z nutą serdeczności w głosie.
Podpisując mi już książkę:
-Widzi pan, od paru lat to ciągle te prośby o zdjęcia, żeby sobie ze mną zrobili a czy ja jakaś małpa jestem? Uszy mi jeszcze dorobią ( w tym miejscu pokazał jak długie te uszy) i jak ja będę wyglądał? Żeby tak od razu zdjęcia ze mną robić?
- Może to przez tą ogólną dostępność internetu i popularność Fejsbuka tak z tymi zdjęciami jest? - stawiam hipotezę
- Nie - po krótkim namyśle powiedział Stasiuk - to aparaty fotograficzne, one stały się bardzo tanie.
Zatem płynąc z ludyczną falą a zarazem wsłuchując się w podpowiedź Autora odnośnie fotografowania Go, z czystym sumieniem zamieszczam fotkę...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieje się. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieje się. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 19 października 2015
środa, 25 czerwca 2014
Bomba lotnicza w Gołonogu
Dzisiaj rano około godziny 10:00 rano dostałem od "Kogoś" ;-) krótkiego sms-a: "na osiedlu znaleziono bombę lotniczą". Nie powiem trochę mnie zmroziło.
Ale trzymajmy się faktów. Na osiedlu w Gołonogu przy pomniku tzw. gwieździe ( Al. Piłsudskiego) znaleziono prawdopodobnie bombę lotniczą. Natrafiono na nią przypadkiem podczas prac ziemnych wykonywanych na osiedlu. Teren został zabezpieczony przez Policję i zaczęło się oczekiwanie na przybycie jednostki saperów. Istniało duże prawdopodobieństwo ewakuacji osiedla do czego na szczęście nie doszło. Saperzy którzy po około 3 godzinach dotarli na miejsce zabezpieczyli niewypał i wywieźli go z terenu osiedla.
Mam nadzieję, że była to tylko jedyna bomba bo lubię miejsce w którym się wychowałem i mieszka moja rodzina, przyjaciele i znajomi :-)
Wrzucam kilka zdjęć wykonanych przez Przyjaciela. Pod zdjęciami umieściłem też link do artykułu jaki ukazał się na stronie TVN 24 dot. tego wydarzenia.
http://kontakt24.tvn24.pl/temat,niewybuch-5-metrow-od-bloku-to-prawdopodobnie-bomba-lotnicza,126792,html?categoryId=496
Ale trzymajmy się faktów. Na osiedlu w Gołonogu przy pomniku tzw. gwieździe ( Al. Piłsudskiego) znaleziono prawdopodobnie bombę lotniczą. Natrafiono na nią przypadkiem podczas prac ziemnych wykonywanych na osiedlu. Teren został zabezpieczony przez Policję i zaczęło się oczekiwanie na przybycie jednostki saperów. Istniało duże prawdopodobieństwo ewakuacji osiedla do czego na szczęście nie doszło. Saperzy którzy po około 3 godzinach dotarli na miejsce zabezpieczyli niewypał i wywieźli go z terenu osiedla.
Mam nadzieję, że była to tylko jedyna bomba bo lubię miejsce w którym się wychowałem i mieszka moja rodzina, przyjaciele i znajomi :-)
Wrzucam kilka zdjęć wykonanych przez Przyjaciela. Pod zdjęciami umieściłem też link do artykułu jaki ukazał się na stronie TVN 24 dot. tego wydarzenia.
sobota, 14 czerwca 2014
Matterhorn raz jeszcze?
Mniej więcej rok temu na blogu umieściłem wywiad z dąbrowskim speleologiem i alpinistą Adamem Zającem. Ekipa pod jego kierownictwem podjęła w lipcu 2013 r. próbę ataku Matterhornu.
Można o tym było przeczytać tutaj
Jak pamiętacie fatalne warunki atmosferyczne uniemożliwiły wtedy atak na szczyt - szczegóły.
Z pewnością nie zraziło to kierownika wyprawy, członka dąbrowskiego klubu speleologicznego do ponownej próby zdobycia szczytu. Do eskapady Adam przygotowuje się bardzo poważnie. Od ponad miesiąca intensywnie pracuje nad formą i wytrzymałością organizmu.
Treningi kondycyjne w postaci wielokrotnego pokonywania 144 schodów prowadzących z podnóża na szczyt Góry Kościelnej przeplata z marszami wokół dąbrowskich Pogorii. Oczywiście wszystko z ponad 10 kilowym plecakiem. Adama można też spotkać w wyższych partiach Tatr gdzie jak się okazuje panują ostatnio prawie że, zimowe warunki.
Czy w tym roku uda się zdobyć Matterhorn? Trzymam kciuki!
sobota, 24 maja 2014
Noc Muzeów w "Sztygarce"
Nasze dąbrowska placówka równo tydzień temu wzięła udział w ogólnopolskiej akcji "Noc Muzeów".
Można było bezpłatnie zwiedzić samo Muzeum jak też Kopalnię Ćwiczebną oraz Park Militarno-Historyczny. Z braku pogody nie wyjeżdżaliśmy nigdzie za miasto więc postanowiliśmy wybrać się i zobaczyć co ciekawego będzie się dziać w "Sztygarce".
Na miejscu spotkaliśmy paru znajomych, którzy oczekiwali na godzinę odjazdu samochodu wojskowego do będzińskiego zamku. Takie przejażdżki były bowiem organizowane tego dnia i żałuję, że nie dodzwoniłem się w sobotę rano i nie zarezerwowałem dla nas miejsca. Ale nie ma co narzekać.
Po przyjeździe na miejsce zwiedziliśmy stojące czołgi i wozy wojskowe. Na dzieciach wywarły bardzo duże wrażenie, zwłaszcza, że mogły pod opieką kustosza zajrzeć do ich wnętrza. Tuż obok czołgów znajduje się zrekonstruowany fragment umocnień z 1944 roku z oryginalnymi bunkrami ściągniętymi tutaj z miasta. Jak realna jest ta rekonstrukcja uświadomiłem sobie widząc własne córki wewnątrz tych okopów - naprawdę mnie zmroziło. Mieliśmy też okazję przekonać się, jak bardzo pozytywnie zakręceni i szaleni wręcz mogą być pracownicy Muzeum. Myślałem, że żartują gdy obwieścili zwiedzającym, że zaraz uruchomią 32 tonowego T-34/85 i pojeżdżą nim trochę. Nie żartowali i sprawnie przystąpili do odpalenia "Ordona".Huk był niesamowity, trzęsła się ziemia a ludzi spowiły gęste spaliny wydobywające się z czołgu. Nie wiedziałem, że taki kolos potrafi momentalnie nabrać prędkości - muszę o tym pamiętać gdy będę kiedyś zmieniał samochód.
Lekko odymieni udaliśmy się do budynku głównego na zwiedzanie ekspozycji. Ludzi było całkiem dużo, może nie tłocznie ale jednak. Odniosłem wrażenie, że najdłużej przystawali przy eksponatach dotyczących historii miasta. Całkiem sporo osób przystawało też na dłużej przy wiszących fotografiach porównawczych "stare-nowe" naszego miasta.
Kiedy po raz kilkunasty zwróciłem się do córek hasłem "Nie dotykacie eksponatów!" zdałem sobie sprawę, że brakuje w naszym Muzeum właśnie takich żywych, multimedialnych ekspozycji, które mogłyby pobudzić wyobraźnię nie tylko dzieci ale i dorosłych. Ponieważ w naszej placówce jak obserwuję jest grupa kreatywnych pracowników z pasją, mam cichą nadzieję, że tak się stanie w najbliżej przyszłości. Do dzieła więc Panie i Panowie Muzealnicy!
Jak na nas pora była już nieco późna ale i tak nie mogliśmy sobie odmówić pokazu fotografii autorstwa Andrzeja Kryzy. Fotografie pochodziły z nowego albumu autora "Pejzaż Dąbrowy Górniczej". W złapaniu odpowiedniego klimatu przeszkadzali trochę ludzie, którzy kręcili się niemiłosiernie. Same zdjęcia z albumu są rewelacyjne i niebanalne, naprawdę warto je zobaczyć.
Na spektakl plenerowy Teatru Gry i Ludzie ,,Ballada o Janie Wnęku” już nie dotrwaliśmy ale i tak uważam, że nasz sobotni wypad do "Sztygarki" był bardzo udany
Można było bezpłatnie zwiedzić samo Muzeum jak też Kopalnię Ćwiczebną oraz Park Militarno-Historyczny. Z braku pogody nie wyjeżdżaliśmy nigdzie za miasto więc postanowiliśmy wybrać się i zobaczyć co ciekawego będzie się dziać w "Sztygarce".
Na miejscu spotkaliśmy paru znajomych, którzy oczekiwali na godzinę odjazdu samochodu wojskowego do będzińskiego zamku. Takie przejażdżki były bowiem organizowane tego dnia i żałuję, że nie dodzwoniłem się w sobotę rano i nie zarezerwowałem dla nas miejsca. Ale nie ma co narzekać.
Po przyjeździe na miejsce zwiedziliśmy stojące czołgi i wozy wojskowe. Na dzieciach wywarły bardzo duże wrażenie, zwłaszcza, że mogły pod opieką kustosza zajrzeć do ich wnętrza. Tuż obok czołgów znajduje się zrekonstruowany fragment umocnień z 1944 roku z oryginalnymi bunkrami ściągniętymi tutaj z miasta. Jak realna jest ta rekonstrukcja uświadomiłem sobie widząc własne córki wewnątrz tych okopów - naprawdę mnie zmroziło. Mieliśmy też okazję przekonać się, jak bardzo pozytywnie zakręceni i szaleni wręcz mogą być pracownicy Muzeum. Myślałem, że żartują gdy obwieścili zwiedzającym, że zaraz uruchomią 32 tonowego T-34/85 i pojeżdżą nim trochę. Nie żartowali i sprawnie przystąpili do odpalenia "Ordona".Huk był niesamowity, trzęsła się ziemia a ludzi spowiły gęste spaliny wydobywające się z czołgu. Nie wiedziałem, że taki kolos potrafi momentalnie nabrać prędkości - muszę o tym pamiętać gdy będę kiedyś zmieniał samochód.
Lekko odymieni udaliśmy się do budynku głównego na zwiedzanie ekspozycji. Ludzi było całkiem dużo, może nie tłocznie ale jednak. Odniosłem wrażenie, że najdłużej przystawali przy eksponatach dotyczących historii miasta. Całkiem sporo osób przystawało też na dłużej przy wiszących fotografiach porównawczych "stare-nowe" naszego miasta.
Kiedy po raz kilkunasty zwróciłem się do córek hasłem "Nie dotykacie eksponatów!" zdałem sobie sprawę, że brakuje w naszym Muzeum właśnie takich żywych, multimedialnych ekspozycji, które mogłyby pobudzić wyobraźnię nie tylko dzieci ale i dorosłych. Ponieważ w naszej placówce jak obserwuję jest grupa kreatywnych pracowników z pasją, mam cichą nadzieję, że tak się stanie w najbliżej przyszłości. Do dzieła więc Panie i Panowie Muzealnicy!
Jak na nas pora była już nieco późna ale i tak nie mogliśmy sobie odmówić pokazu fotografii autorstwa Andrzeja Kryzy. Fotografie pochodziły z nowego albumu autora "Pejzaż Dąbrowy Górniczej". W złapaniu odpowiedniego klimatu przeszkadzali trochę ludzie, którzy kręcili się niemiłosiernie. Same zdjęcia z albumu są rewelacyjne i niebanalne, naprawdę warto je zobaczyć.
Na spektakl plenerowy Teatru Gry i Ludzie ,,Ballada o Janie Wnęku” już nie dotrwaliśmy ale i tak uważam, że nasz sobotni wypad do "Sztygarki" był bardzo udany
sobota, 22 lutego 2014
Głosujmy na Katarzynę Piec
Memoriał Piotra Morawskiego "Miej Odwagę" jest dla ludzi odważnych. Katarzyna Piec z Dąbrowy Górniczej z pewnością do nich należy. Inaczej nie zgłosiła by w ramach Memoriału swojego projektu wyprawy do odległej Mikronezji. Te rozrzucone na Pacyfiku egzotyczne wyspy bardzo dokładnie zbadał nasz wybitny badacz Jan Kubary. To właśnie polski podróznik zainspirował Katarzynę do tej egzotycznej wyprawy. Pomóżmy zatem spełnić marzenia Pani Kasi. Dzięki naszym głosom ona naprawdę może się tam znaleźć.
Poniżej link do głosowania na Kasię Piec - przeczytajcie uważnie instrukcję
![]() | |||||||
| źródło: czechofil.pinger.pl |
No i jak tam nie jechać :-)
czwartek, 2 stycznia 2014
O miejskich gadżetach i pamiątkach
W Zagłębiu Dąbrowskim trwa walka na herby. Wiele już na ten temat zostało powiedziane i chyba nie warto nic więcej dodawać. Dobrze, że chociaż nasz dąbrowski herb ma niepodważalną pozycję i nie musi konkurować z innymi tworami powstałymi na skutek osobistych bądź grupowych ambicji.
![]() |
| www.mks.dabrowa.pl |
Bez zbędnych wstępów, muszę jednak napisać, że na lokalnym rynku brakuje ciekawych, miejskich pamiątek i gadżetów. Po prostu szału nie ma. Wydaje się, że wraz ze wzrostem lokalnej tożsamości czy też mody na zgłębianie historycznych ciekawostek, jest tylko kwestią czasu kiedy takie produkty się pojawią. Trochę się jednak niecierpliwię....
Tradycyjnie i przewidywalnie najwięcej gadżetów w postaci kubków,
szalików, smyczy związanych jest z działalnością klubów sportowych. W
Dąbrowie temat całkowicie wyczerpuje MKS. Obok wymienionych już powyżej są jeszcze breloki, zapalniczki benzynowe z logiem klubu i bardziej lub mniej udane bluzy z kapturem. Ofertę wzbogacają jeszcze wyprodukowane własnym sumptem przez środowiska kibicowskie różnego rodzaju koszulki itp. Należy jeszcze wspomnieć o pamiątkach okazjonalnych związanych z licznymi w naszym mieście imprezami sportowymi i praktycznie mamy już kompletny przegląd sportowego asortymentu pamiątkarskiego związanego z Dąbrową Górniczą. Powiedzieć można, że na tle innych miast nie odstajemy ani na plus ani na minus.
Gadżety miejskie często produkowane są przez wydziały promocji miast, związane są z hasłami jakimi promują się w mediach, na targach czy innych imprezach okolicznościowych. Dąbrowa jako "Dębowy Świat" taką urzędniczą serię pamiątek też stworzyła.
![]() |
| www.taurus-reklama.pl |
Należy jeszcze wspomnieć o "Bobrze Dąbrowiaku" - oficjalnej maskotce miasta. Nieśmiało apeluję o jakiś lifting zwierza - zwłaszcza spojrzenie takie jakieś szalone ;-)
![]() |
| www.dabrowa.pl |
Wciąż brakuje jednak miejsca gdzie można nabyć komercyjne pamiątki dąbrowskie. Nie ma zapotrzebowania? Nie chce mi się wierzyć! To tylko kwestia czasu - wystarczy trochę pieniędzy na rozkręcenie biznesu, polotu i fantazji. Pewną zajawką tego o czym piszę mogą być fanty na jakie natknąłem się w dąbrowskim Empiku. Banalnie ale to dopiero początek. Zresztą zobaczcie sami.
PS. Pisząc ten tekst natknąłem się na info w Twoim Zagłębiu:
http://www.twojezaglebie.pl/zyleta-sezam-a-moze-kiepura-na-koszulce-streetartowa-odziez-juz-w-sosnowcu/
Coś zaczyna się dziać :-)
czwartek, 31 października 2013
Karnawał na Podlesiu
Statyka tego miejsca niczym kac najbardziej dotkliwa jest rano. Nie licząc pojedynczych spacerowiczów, obściskujących się parek gimnazjalistów, człapiących emerytów i przysypiających mam z wózkami nie ma tutaj nikogo. Któż chciałby przyjść do zapomnianego skweru, rozeprzeć się na ławeczce i kontemplować sunące ulicą Tysiąclecia samochody? Może tylko jakieś drące mordy typy, wypijające za dużo piwa na jeden raz? Tak, tym jest właśnie to miejsce, jest niemym świadkiem przegranych zmagań kolesi z sześciopakiem Tatry albo Harnasia. Każdy w sumie ma swoje Waterloo....
Kiedyś" było inaczej". Ci od mówienia że "kiedyś było inaczej" chcą tylko pamiętać dobre chwile, pragną zakopać się tak głęboko aby nie dostrzec zniszczonego betonowego podestu sceny oraz rozsypujących się asfaltowych alejek. W ich wspomnieniach ten park zawsze będzie skąpany w słońcu, przyozdobiony długonogimi elficami w zwiewnych sukienkach o kwiatowych wzorach. Może właśnie dlatego tak tłumnie przybyli w sobotę 14 września na I Rodzinny Piknik Hutniczy. Chcieli napełnić kolorem swoje wyblakłe wspomnienia.
Mam gdzieś jaka partia lub koteria zorganizowała to wydarzenie. Kompletnie mnie to nie interesuje. Tacy ignoranci jak ja są pewnie utrapieniem organizatorów takich spędów. Przyjdzie taki, zeżre dotowaną kiełbaskę z bułką i musztardą za dwa złote i bezczelnie będzie miał w dupie regułę wzajemności nakazującą zagłosować odpowiednio podczas najbliższych wyborów samorządowych. Nikczemność i podłość. Muszę jednak uczciwie napisać, że to była całkiem fajna impreza. Wiara miała rozrywkę, wznosząc się ponad Podlesie wysięgnikiem wozu strażackiego. Dziatwa mogła szaleć w różnych konkursach i zabawach a scena jak za dawnych lat rozbrzmiewała muzyką i tańcem. Jak na pierwszy piknik to rozmach naprawdę imponujący. Darmowe baloniki i inne fanty cieszyły dzieciaki a to w sumie jest najważniejsze. Więc co mi tam, niech idą głosują ludziska na tych organizatorów aby dzielnica dalej się integrowała i rosła w siłę.
Natomiast ja zadowolę się mimowolnym kontemplowaniem kontrastu pomiędzy szarym bezruchem codzienności tego miejsca a jego karnawałową, surrealistyczną wersją. Żeby ta druga powłoka nie odpłynęła gdzieś w niepamięć, zrobiłem parę zdjęć.
Kiedyś" było inaczej". Ci od mówienia że "kiedyś było inaczej" chcą tylko pamiętać dobre chwile, pragną zakopać się tak głęboko aby nie dostrzec zniszczonego betonowego podestu sceny oraz rozsypujących się asfaltowych alejek. W ich wspomnieniach ten park zawsze będzie skąpany w słońcu, przyozdobiony długonogimi elficami w zwiewnych sukienkach o kwiatowych wzorach. Może właśnie dlatego tak tłumnie przybyli w sobotę 14 września na I Rodzinny Piknik Hutniczy. Chcieli napełnić kolorem swoje wyblakłe wspomnienia.
Mam gdzieś jaka partia lub koteria zorganizowała to wydarzenie. Kompletnie mnie to nie interesuje. Tacy ignoranci jak ja są pewnie utrapieniem organizatorów takich spędów. Przyjdzie taki, zeżre dotowaną kiełbaskę z bułką i musztardą za dwa złote i bezczelnie będzie miał w dupie regułę wzajemności nakazującą zagłosować odpowiednio podczas najbliższych wyborów samorządowych. Nikczemność i podłość. Muszę jednak uczciwie napisać, że to była całkiem fajna impreza. Wiara miała rozrywkę, wznosząc się ponad Podlesie wysięgnikiem wozu strażackiego. Dziatwa mogła szaleć w różnych konkursach i zabawach a scena jak za dawnych lat rozbrzmiewała muzyką i tańcem. Jak na pierwszy piknik to rozmach naprawdę imponujący. Darmowe baloniki i inne fanty cieszyły dzieciaki a to w sumie jest najważniejsze. Więc co mi tam, niech idą głosują ludziska na tych organizatorów aby dzielnica dalej się integrowała i rosła w siłę.
Natomiast ja zadowolę się mimowolnym kontemplowaniem kontrastu pomiędzy szarym bezruchem codzienności tego miejsca a jego karnawałową, surrealistyczną wersją. Żeby ta druga powłoka nie odpłynęła gdzieś w niepamięć, zrobiłem parę zdjęć.
![]() |
| Niekończące się węże zaparkowanych aut mówią same za siebie o potrzebie organizowania takich imprez |
![]() |
| Super, że na takich imprezach mogą promować się dąbrowskie kluby sportowe |
![]() |
| Jak piknik to i kiełbacha musi być |
| Dzieci mogły malować do woli |
| Mogły też zostać pomalowane |
| Dąbrowski pisarz Dariusz Rekosz na stoisku ze swoimi książkami |
| Poszły konie po betonie |
| Ale wysoko |
![]() |
| Scena ożyła jak przed laty |
![]() |
| dmuchany zamek dopełniał całości |
piątek, 11 października 2013
Relacja z wyprawy - Matterhorn 2013
Ponieważ dochodzą do mnie sygnały zniecierpliwienia dotyczące braku drugiego wywiadu z alpinistą Adamem Zającem postanowiłem rzucić coś na żer przed daniem głównym ;-) Za sugestią i zgodą Adama umieszczam jego relacje i zdjęcia z wyprawy na blogu.
Tak więc zapraszam do przeczytania relacji z wyprawy. Tekst i zdjęcia Adam Zając.
Matterhorn 2013
Piątek po południu, nadeszła godzina W. Auto nabite po sufit. Ruszamy w strugach rzęsistego deszczu. Pełni nadziei mkniemy pięknymi autostradami, studiujemy przewodniki i snujemy plany. Kilometry błyskawicznie uciekają, przed wschodem słońca wita nas pochmurna i deszczowa Szwajcaria.
Powitanie okazało się bardzo………… chłodne, nawet teściowa wydaje się
bardziej ciepła i przyjazna. No nic zaczynamy podjazd w wysokie Alpy i
mina rzednie nam coraz bardziej. W Fatherlandzie lato w pełni, w Alpach
wygląda to jakoś za zimowo. Pierwsza wysoka przełęcz , stromy i kręty
podjazd, mijamy ciężki sprzęt do odśnieżania na łańcuchach, notabene
zważywszy na letnie slicki w naszym teleporterze, wprawia nas to w duży
niepokój. Ciśniemy dalej. Osiągamy wysokość ok. 2000 m, deszcz zamienia
się w regularna śnieżyce, temperatura spada poniżej 0, na drodze zaspy i
lód. A my mamy wjechać na ponad 2400 m. Ciśniemy dalej, jakimś cudem
wjeżdżamy na przełęcz, czekamy na wschód słońca, zarządzamy drzemkę w
nadziei ze słońce podniesie temperaturę i jakoś damy rade zjechać na
dół. Daliśmy rade, wróciliśmy do cywilizacji, pogoda jednak nas nie
rozpieszczała, podążamy pełni obaw ku naszemu celowi. Na miejscu okazuje
się że pogoda definitywnie się załamała . Nasze plany rozłożyła fatalna
pogoda, podejmujemy jednak decyzje aby mimo wszystko wyruszyć w góry i
wyznaczymy sobie cel założenie bazy na 4000 w okolicy Klein Matterhornu.
Wyjeżdżamy kolejką na górę, pogoda drastycznie się pogarsza. Widoczność
spada do 0, na zewnątrz szaleje śnieżyca, temperatura spada poniżej –
10 stopni. Długo się namyślamy co robić dalej, po rozmowach z tubylcami
zapada decyzja ze mimo wszystko zostajemy na 4000 m, a noc przetrzymamy w
tunelu kolejki w bardzo komfortowych warunkach (sucho, nie wieje i
temperatura chyba na delikatnym plusie). Poddaliśmy się procesowi
aklimatyzacji …….. przebiegł w miarę bez większych komplikacji. Spaliśmy
ponad 12 godzin.
Ranek okazał się przepiękny, otworzyło się okno pogodowe, mimo lata panuje permanentny mróz. Zaczynamy transport gratów, wybieramy miejsce na obóz na skraju Breithornplateau. Zostawiamy depozyt, szpeimy się i ciśniemy na szczyt. Po wcześniejszej aklimatyzacji podejście nie stanowiło już dużego problemu. Wchodzimy na szczyt Breithornu 4165 m.n.p.m. w bajecznej pogodzie, długo siedzimy na topie, dalej się aklimatyzujemy.
Na drogę zejściową wybieramy mało uczęszczany spacerek przez sąsiedni, niższy wierzchołek Mittel - Braithorn. Popołudniu docieramy do depozytu i ochoczo zabieramy się do budowania bazy.
Szybko stawiamy solidnie okopane i przykręcone śrubami do lodu nasze szturmowe namiociki, robimy obiadek delektując się niesamowitymi widokami. Wieczór spędzamy na relaksie, czekamy na jakiś piękny zachód słońca, ale jakoś szybko nie nadchodzi. Nad bazą zapadł cień, momentalnie mróz dał o sobie znać, chowamy się do namiocików i dalej oczekujemy na piękne widowisko, w końcu siedzimy w pierwszym rzędzie. Niestety mróz wciska nas w śpiwory, i jak to zwykle bywa miłe ciepełko rozleniwia nas do reszty. No i zachód słońca przespaliśmy, jak na lipiec bardzo zimno, w nocy temperatura oscyluje w okolicach – 20 stopni.
Śpimy długo, do działania mobilizuje nas
poranne słońce, w okolicach 8 rano jest już całkiem przyjemnie, około – 5
stopni przy pełnym słońcu i niewielkim wietrzyku na lodowcu to
prawdziwy upał. Leniwe śniadanko, szpejenie i ruszamy do boju. Cel to
Pollux 4092 m.n.p.m, nieśmiało może zahaczymy o Castora 4178 m.n.p.m.
Lampa totalna. Długi trawers masywu lodowcem Ghiacciaio Di Verra daje
się nam we znaki. Zabójcze słońce wysysa z nas całą energie, jak się
później okazało spaliło nam także spore połacie skóry.
W końcu podchodzimy pod ścianę. Wybieramy klasyczną mixtową drogę
wejściową . Droga okazuje się niezwykle estetyczna, ze sporymi kawałkami
skały w fajnej ekspozycji, wymagająca jednak sporego skupienia ze
względu na kruszynę i miękki śnieg (notabene temperatura ciągle na
sporym minusie), najtrudniejsze miejsca zostały zaopatrzone w stałą
poręczówkę. Na deser dostajemy niezwykle widokowa śnieżną grań
szczytowa. Na topie jesteśmy sami, napawamy się ogromem masywu Monte
Rosy, kontemplujemy doskonałość natury, marzenia się spełniają.
Schodzimy pod ścianę i zastanawiamy się nad atakiem na Castora. Po krótkiej debacie chętnych brak. Wracamy do bazy, powrót okazał się niemiłosiernie długi, wyssał z nas resztę energii jaką mieliśmy. W bazie powtarzamy rytuał z dnia poprzedniego. Mamy mocne postanowienie obejrzenia zachodu słońca. Długo bronimy się przed śpiworami, mróz jednak pokonuje nasza silną wole. No i po zachodzie.
Prognoza się zmienia, postanawiamy przenieść bazę pod ścianę Matterhornu. W Szchwarzsee postanawiamy się odchudzić, zostawiamy spory depozyt w schronisku i ciśniemy pod ścianę prawie na lekko. Pogoda gwałtownie się łamie, nerwowo sprawdzamy prognozy, no i stało się. Na wysokości około 3100 m w śnieżycy podejmujemy decyzje o odwrocie. Pełni nadziei zimujemy w schronie awaryjnym, oglądamy przepiękna burze śnieżną z piorunami, sprawdzamy prognozy, szanse na wejście spadają do 0.
O poranku, przy padającym śniegu i fatalnej prognozie pogody podejmujemy ostateczną decyzje o zejściu na dół. Po drodze podejmujemy depozyt i już w strugach deszczu ciśniemy w doliny. Pokonała nas pogoda. Krótkie zwiedzanie malowniczego Zermatt, studiujemy prognozy, nie ma szans na szybką poprawę pogody. Sztab wyprawy przenosi się do centrum informacji turystycznej z dostępem do Internetu. Lecimy z lista celów awaryjnych, pogoda wylosowała nam Dolomity, rejon Jeziora Gardy. Pełni zapału przenosimy się z krainy lodu we włoskie tropiki – upały grubo powyżej 30 stopni, śniegu brak. Rozbijamy obóz u brzegów Gardy. Niestety woda w jeziorze tego roku jest wyjątkowo zimna.
Celem w tym rejonie została podobno prawdopodobnie najtrudniejsza ferrata w Europie Via attrezzata Rino Pisetta. Jakże inny świat, tropikalne upały, lita ściana typu Verdon, 330m podejścia, 400 m ferraty, pik zaledwie na wysokości 970 m.n.p.m. Całość robi spore wrażenie, w końcu przewyższenie to 730 m. To już moja druga wizyta na tej ferracie, po ostatniej srogiej lekcji atak na ścianę ustalamy dopiero późnym popołudniem, kiedy ściana będzie już w cieniu. Cały dzień spędzamy na leniwym zwiedzaniu okolicznych, malowniczych miejscowości nad brzegami jeziora Gardy. Długo czekamy na ten cień, robi się późna godzina, około 17 zaczynamy atak. Koszmarne podejście stromymi piargami w tropikalnych temperaturach daje się nam ostro we znaki. Wodę spijamy prawie jak konie, koszulki ostro wykręcamy, a idziemy prawie bez obciążenia. W końcu ściana, szpejenie i napieramy. Pierwsze syte miejsca i mieszane uczucia, jak to chłopaki stwierdzili dziwna ta ferrata, wysiłkowo bardzo syta, ni to wspinaczka ni to ferrata, niby pionowa ściana, ale bez żadnych ułatwień tylko stalowa linka i niekończące się przepinki.
Dodatkowo wyjątkowo powietrzna i te widoki………. Szczytujemy o zachodzie słońca, jest pięknie.
Kolejny kibelek nad Gardą, siedzimy i gadamy do późna w nocy J nie mamy planu, życie jest jednak piękne, marzenia się spełniają. Rano pobudka, kąpiel w jeziorze, pakowanie i co robimy? Team postanawia zobaczyć najbardziej honorne ściany w dolomitach – kierunek Tre Cime di Lavaredo . Pogoda ponownie nas nie rozpieszcza. Deszcz, śnieg, zimno tak nas wita to piękne miejsce.
Nasze plany popłynęły z deszczem. Czas nas zaczyna gonić, zjeżdżamy w doliny, ciepełko chociaż, bo ciągle leje, kierunek ciepłe i wygodne łóżeczko w domciu. Droga daleka, chwilami istny potop, nad ranem docieramy do domu, wyprawa zostaję szczęśliwie zakończona. Postanawiamy powrócić za rok na Matta.
W tym jakże ambitnym przedsięwzięciu udział brali: Kuba Wiśniewski, Marcin Sokołowski, Marcin Jamroży, Adam Zając.
Wyjazd został dofinansowany przez Speleoklub Dąbrowa Górnicza.
My na lajtowe wyjazdy nie jeździmy. Jak nie leje to nie ma przygody.
Tekst dostępny też na stronie internetowej Speleoklubu Dąbrowa Górnicza
http://sdg.org.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=267:matterhorn-2013&catid=47:wyprawy&Itemid=66
niedziela, 21 lipca 2013
Siewierski skok w bok
Przyznam, że przed napisaniem tego postu miałem niemały dylemat. Blog w nazwie czarno na białym jest Dąbrowski. Więc geograficznie nie powinienem wychodzić poza granice administracyjne miasta. Jednak od początku chciałem żeby to miejsce służyło Dąbrowianom. Aby inspirowało Was mieszkańców do aktywnego, łebskiego rzekłbym spędzania czasu. Cóż jednak poradzę na to, że okolica Dąbrowy też jest ciekawa i warta zobaczenia przez mieszkańców naszego miasta ( i nie tylko)?. Ponadto kiedy robić takie skoki w bok jak nie w wakacje, gdy w każdym z nas budzi się dusza eksploratora-odkrywcy? Czasem tylko takiego niedzielnego ( jak mnie w tym poście hi, hi hi) a nie rzadko zdobywającego niebosiężne alpejskie szczyty.
Dlatego postanowiłem przestać udawać, że nie istnieje zamek w Siewierzu i że w miasteczku można bardzo dorodnie spędzić czas np. niedzielne popołudnie.
Zatem zaczynam przechodzić do rzeczy i ruszam w pierwszy na blogu dziewiczy rejs poza granice znanego mi dąbrowskiego świata...czyli do Siewierza :-). Oby gigantyczne słonie podtrzymujące nasz "dąbrowski dysk" i chroniące go przed upadkiem w nicość były po mojej stronie i odstraszyły skutecznie monstrualne jednookie potwory, które znajdują się tuż za linią horyzontu.
Miniona niedziela uraczyła nas słonecznym popołudniem i grzechem byłoby nie ruszyć się z fotela. Padło na Siewierz, który pomimo że bardzo blisko Dąbrowy (około 20 minut samochodem) to jednak ze swoim zamkiem pozostaje jakby w cieniu swoich znamienitych braci ze szlaku Warowni Jurajskich. Ponieważ, lubię zaglądać w różne zacienione miejsca to cel wydał mi się interesujący (mojej żonie jakby mniej co później przypłaciła pozytywnym zaskoczem)
Zamek a właściwie ruiny kilka lat temu zostały odremontowane i udostępnione turystom. Co najważniejsze, to drugie za kompletną darmochę. Przy kilkuosobowej rodzinie nie jest to bez znaczenia. Hura! Głowie rodziny zostanie więcej na piwo;-). Pieczę nad zamkiem sprawuje Fundacja "Zamek Siewierski" im. Księstwa Siewierskiego i generalnie wyczynia tam niezłe mecyje co jest niesamowicie inspirujące i po prostu tchnie świeżością. Ale po kolei.
Już przyjeżdżając na parking pod zamkiem daje się wyczuć pewną lekkość i odmienność od industrialnego i postindustrialnego klimatu Zagłębia. Może to po prostu brak problemów z zaparkowaniem samochodu tak nastraja a może to jednak widok rozległych błoni tuż obok wijącej się Czarnej Przemszy , nad którymi górują gotyckie ruiny?
Dostrzegamy ludzi na platformie widokowej umieszczonej na wieży zamku i już wiemy, że nie pocałujemy klamki i też będziemy mogli tam wejść. Idziemy więc dalej, gdy wtem naszą beztroskę tną na kawałki niepokojące dźwięki dobiegające się zza murów zamkowych. Nie, nie przesłyszało się nam. Z pewnością ktoś teraz na zamku stracił życie i kona w konwulsjach. W dodatku sprawca jest psychopatą bo tuż po ustaniu jęku nieszczęśliwcy, wydaje dziki ryk radości. Ładna wycieczka myślę sobie. Trzeba było odwiedzić molo na Pogorii albopark na Zielonej. Trudno, jak się powiedziało A-aa trzeba powiedzieć B-ee. Pokrzepiony myślą, że jako pierwszy sfotografuję poćwiartowane ciało a może nawet strzelę sobie fotkę z oprawcą i wrzucę na Fejsa postanawiam iść dalej. One (czyli żona i córki) idą za mną. Żądne widoku krwi czy też może dały się nabrać, że za murami jest darmowe SPA ( tak im powiedziałem)?.
Pomimo niecnych zamiarów ( fotka ) i chytrych forteli ( niby SPA) które popełniłem z pewną taką nieśmiałością wchodzę na zrekonstruowany drewniany most prowadzący do wrót zamku.
Za nimi widzę, wcale nie mały tłumek turystów i kilku pozytywnych wariatów w strojach "z epoki" i teraz tak pisząc całkiem serio, kompletnie zapominam, że jestem tuż obok Dąbrowy, że w poniedziałek do pracy itd. Totalnie inaczej, totalny odpoczynek od dąbrowskości.
O to "inaczej" i zamkowy chillout dbają ludzie z Fundacji, którzy z pasją opowiadają turystom o zwyczajach średniowiecznych wojów, którzy łapią od razu kontakt ze zwiedzającymi i sprawiają że chce się ich słuchać. Jak dla mnie prostota ich przekazu wynikająca z zainteresowań jest po prostu genialna. Polubiłem ich i na pewno dam się zaprosić na Turniej Rycerski - już za tydzień w weekend ( !!!)
tutaj macie szczegóły http://www.siewierz.pl/siewierz/3/impreza/1451/
Siewierz jest blisko, warto zabrać rodziny, dzieci, przyjaciół, znajomych, aparat, kamerę i dać się ponieść średniowiecznemu szaleństwu ( jakkolwiek to brzmi). A gdy już nakarmicie oczy tym bogactwem a Wasze pociechy zapragną pozostać wojami i księżniczkami to pozwólcie im na to na kapitalnym placu zabaw tuż obok zamku. Dzieci się "dorżną" i dadzą Wam pospać w nocy a Wy będziecie mogli odsapnąć na ławeczce.
Potem delikatnym spacerkiem przejdźcie na Rynek, fotografując po drodze dwa zabytkowe kościoły:
barokowy - Świętego Walentego z 1618 roku i Świętego Macieja Apostoła z pierwszej połowy XV wieku ( prawda że stare?). Najstarszego w mieście poszukajcie sami :-) Powiem tylko, że to jeden z nielicznych na naszym terenie zabytków w stylu romańskim. Na wyremontowanym Rynku pyszne lody gałkowe ( na zachodniej pierzei kupowałem) zjedzcie pod fontanną Panien Siewierskich.
Można też wstąpić do "Złotej Gęsi" i skosztować gęsich żołądków, wtedy z pewnością poczujecie że byliście w Siewierzu. Kunszt kulinarny tej restauracji docenił swego czasu Robert Makłowicz.
Tak więc kończę opis mojego siewierskiego skoku w bok i zachęcam Was do pójścia w moje ślady.
Dlatego postanowiłem przestać udawać, że nie istnieje zamek w Siewierzu i że w miasteczku można bardzo dorodnie spędzić czas np. niedzielne popołudnie.
Zatem zaczynam przechodzić do rzeczy i ruszam w pierwszy na blogu dziewiczy rejs poza granice znanego mi dąbrowskiego świata...czyli do Siewierza :-). Oby gigantyczne słonie podtrzymujące nasz "dąbrowski dysk" i chroniące go przed upadkiem w nicość były po mojej stronie i odstraszyły skutecznie monstrualne jednookie potwory, które znajdują się tuż za linią horyzontu.
Miniona niedziela uraczyła nas słonecznym popołudniem i grzechem byłoby nie ruszyć się z fotela. Padło na Siewierz, który pomimo że bardzo blisko Dąbrowy (około 20 minut samochodem) to jednak ze swoim zamkiem pozostaje jakby w cieniu swoich znamienitych braci ze szlaku Warowni Jurajskich. Ponieważ, lubię zaglądać w różne zacienione miejsca to cel wydał mi się interesujący (mojej żonie jakby mniej co później przypłaciła pozytywnym zaskoczem)
Zamek a właściwie ruiny kilka lat temu zostały odremontowane i udostępnione turystom. Co najważniejsze, to drugie za kompletną darmochę. Przy kilkuosobowej rodzinie nie jest to bez znaczenia. Hura! Głowie rodziny zostanie więcej na piwo;-). Pieczę nad zamkiem sprawuje Fundacja "Zamek Siewierski" im. Księstwa Siewierskiego i generalnie wyczynia tam niezłe mecyje co jest niesamowicie inspirujące i po prostu tchnie świeżością. Ale po kolei.
Już przyjeżdżając na parking pod zamkiem daje się wyczuć pewną lekkość i odmienność od industrialnego i postindustrialnego klimatu Zagłębia. Może to po prostu brak problemów z zaparkowaniem samochodu tak nastraja a może to jednak widok rozległych błoni tuż obok wijącej się Czarnej Przemszy , nad którymi górują gotyckie ruiny?
Dostrzegamy ludzi na platformie widokowej umieszczonej na wieży zamku i już wiemy, że nie pocałujemy klamki i też będziemy mogli tam wejść. Idziemy więc dalej, gdy wtem naszą beztroskę tną na kawałki niepokojące dźwięki dobiegające się zza murów zamkowych. Nie, nie przesłyszało się nam. Z pewnością ktoś teraz na zamku stracił życie i kona w konwulsjach. W dodatku sprawca jest psychopatą bo tuż po ustaniu jęku nieszczęśliwcy, wydaje dziki ryk radości. Ładna wycieczka myślę sobie. Trzeba było odwiedzić molo na Pogorii albopark na Zielonej. Trudno, jak się powiedziało A-aa trzeba powiedzieć B-ee. Pokrzepiony myślą, że jako pierwszy sfotografuję poćwiartowane ciało a może nawet strzelę sobie fotkę z oprawcą i wrzucę na Fejsa postanawiam iść dalej. One (czyli żona i córki) idą za mną. Żądne widoku krwi czy też może dały się nabrać, że za murami jest darmowe SPA ( tak im powiedziałem)?.
Pomimo niecnych zamiarów ( fotka ) i chytrych forteli ( niby SPA) które popełniłem z pewną taką nieśmiałością wchodzę na zrekonstruowany drewniany most prowadzący do wrót zamku.
Za nimi widzę, wcale nie mały tłumek turystów i kilku pozytywnych wariatów w strojach "z epoki" i teraz tak pisząc całkiem serio, kompletnie zapominam, że jestem tuż obok Dąbrowy, że w poniedziałek do pracy itd. Totalnie inaczej, totalny odpoczynek od dąbrowskości.
O to "inaczej" i zamkowy chillout dbają ludzie z Fundacji, którzy z pasją opowiadają turystom o zwyczajach średniowiecznych wojów, którzy łapią od razu kontakt ze zwiedzającymi i sprawiają że chce się ich słuchać. Jak dla mnie prostota ich przekazu wynikająca z zainteresowań jest po prostu genialna. Polubiłem ich i na pewno dam się zaprosić na Turniej Rycerski - już za tydzień w weekend ( !!!)
tutaj macie szczegóły http://www.siewierz.pl/siewierz/3/impreza/1451/
mała zajawka atrakcji na filmiku
Siewierz jest blisko, warto zabrać rodziny, dzieci, przyjaciół, znajomych, aparat, kamerę i dać się ponieść średniowiecznemu szaleństwu ( jakkolwiek to brzmi). A gdy już nakarmicie oczy tym bogactwem a Wasze pociechy zapragną pozostać wojami i księżniczkami to pozwólcie im na to na kapitalnym placu zabaw tuż obok zamku. Dzieci się "dorżną" i dadzą Wam pospać w nocy a Wy będziecie mogli odsapnąć na ławeczce.
starsze dzieciaki i młodzież mogą poszaleć w skate parku
Potem delikatnym spacerkiem przejdźcie na Rynek, fotografując po drodze dwa zabytkowe kościoły:
barokowy - Świętego Walentego z 1618 roku i Świętego Macieja Apostoła z pierwszej połowy XV wieku ( prawda że stare?). Najstarszego w mieście poszukajcie sami :-) Powiem tylko, że to jeden z nielicznych na naszym terenie zabytków w stylu romańskim. Na wyremontowanym Rynku pyszne lody gałkowe ( na zachodniej pierzei kupowałem) zjedzcie pod fontanną Panien Siewierskich.
Można też wstąpić do "Złotej Gęsi" i skosztować gęsich żołądków, wtedy z pewnością poczujecie że byliście w Siewierzu. Kunszt kulinarny tej restauracji docenił swego czasu Robert Makłowicz.
Tak więc kończę opis mojego siewierskiego skoku w bok i zachęcam Was do pójścia w moje ślady.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















