Był 1995 rok. Razem z innymi uczniami dąbrowskiej "Sztygarki" maszerowałem ulicą Kościuszki w kondukcie żałobnym. Na przodzie niesiono trumnę, grała też dostojnie jakaś orkiestra. To był pogrzeb dąbrowskiego górnictwa węglowego, tuż po zamknięciu ostatniej kopalni KWK "Paryż". Nie, nie było nam smutno. Utwierdzano nas w przekonaniu, że przyjdzie nowe i lepsze. No może trochę szkoda było, że w Barbórkę nie dostaniemy już dychy za którą można było po szkole iść na kilka piw do pubu "Duet" na 3 Maja.
Na praktykach zawodowych co prawda dalej nam mówiono, że będziemy kierownikami hal i żeby wyjąć ręce z kieszeni i nie grać nimi "bilarda" ale nie zmieniało to faktu, że przemysł ciężki w regionie zdychał i generalnie praca w nim była utożsamiana z obciachem. Kto się zresztą z nas tym wszystkim wtedy przejmował? Dalej łamaliśmy noże od tokarek w warsztacie a w kopalni ćwiczebnej pod nieuwagę "Rumcajsa" szaleliśmy wózkiem górniczym. Raz nawet tak go rozbujaliśmy, że pod koniec jazdy wypadł z torów i wypadł przed bramę kopalni. Rumcajs wtedy się wściekł i kazał nam myć podłogę jakimś śmierdzącym lizolem u siebie w kanciapie.
Na kopalni KWK "Paryż" były takie wielkie transformatory duże jak domki jednorodzinne, pachniało smarem a opiekun praktyk opowiadał, że miał kiedyś taką jajcarską grupę która ciągle go zaskakiwała. Raz przyspawali pewnemu praktykantowi, który się zdrzemnął w szatni, metalowe okucia podeszwy do boku szafki. Potem obudzili go wystrzałem z papierowej torby i rechotali do końca praktyk.
Przypomniało mi się to wszystko jak odwiedziłem pozostałości Paryża pewnego wrześniowego dnia......

